wtorek, 17 grudnia 2013

Dziś krótko o miejscu magicznym

foto by Gabry :)

Wyobraźcie sobie rzymską noc, pogodną, ciepłą, wypełnioną po brzegi zapachem nadchodzącej wiosny. Z grupą znajomych wracamy z imprezy. Nagle pada pomysł zjedzenia czegoś. Czegoś wyjątkowego. Kierowani instynktem idziemy więc ku, jakby się wydawało, zamkniętej piekarni. Jednak dobrze wiadomo, że około 4 nad ranem, piekarnie wcale nie są zamknięte. Bocznymi drzwiami wchodzimy więc do panów na nocnej zmianie i uśmiechamy się szeroko. Coś niesamowitego, przepyszne cornetti (czyli croissanty), za połowę ceny (bo przecież to nie jest regularna sprzedaż), z wylewającą się, gorącą czekoladą, wyjęte prosto z pieca. Naprawdę, prosto z pieca, bo przecież wchodząc widzieliśmy, jak powolutku rumieniły się w piecu. Corentii z gorącą czekoladą były niezaprzeczalnie najlepsze, ale nie pogardziliśmy też rogalikami z brzoskwinią. Uczta dla smaku, uczta także dla ducha, wszak przyjemnie jest  podpatrzeć pracę piekarni o 4 nad ranem. Choć od tamtego wydarzenia minęło chyba półtora roku, kiedy o nim pomyślę, czuję zapach piekarni, widzę uśmiechnięte twarze piekarzy i pamiętam dokładnie smak rzymskich rogalików na San Lorenzo.

foto by Gabry
Takie rzeczy, to tylko w Rzymie.

piątek, 23 sierpnia 2013

à propos głównego zdjęcia


Wspólnymi siłami wykonana paella. Wykonana w miejscu najbardziej do tego odpowiednim, czyli w Hiszpanii. Dokładnie w Murcji. Paella wg. przepisu Michała, z dużą ilością krewetek, ryżu, papryki, cytryny, przyprawioną curry, już nie pamiętam, czy były tam pomidorki, chyba tak, ogólnie dużo, dużo wszystkiego w wielkim woku, dziesięć osób nakarmionych, nikt nie narzekał. Każdy dokładał :)


Nieprawdą jest, iż zajmowałam się jedynie dekapitacją krewetek.
Wspierałam pomysł duchem, o! ;)

Olga

wtorek, 18 czerwca 2013

bosca(i)ola, czyli w poszukiwaniu włoskiego smaku

Na ulicy Dobrej, zaraz obok Biblioteki Uniwersyteckiej, ponad rok temu zamknięto niewielką pizzerię, w której kiedyś z Michałem "o mało co nie zjedliśmy".  Nie mogę sobie tylko przypomnieć, jaki był powód ostatecznego niewstąpienia. Chyba brak piwa, ale nie dam sobie ręki uciąć :) W każdym razie, pizzerię otwarto na nowo i radzi sobie całkiem nieźle. Ruch był spory, do tego przyszedł właściciel-Włoch, który rozmawiał z kelnerką (świetnie mówiącą po włosku) i ze swoim przyjacielem, który wpadł na kolację, co razem dawało wybuchową mieszankę włoskiego temperamentu i głośnej rozmowy, graniczącej z krzykiem.

-Jak miło popatrzeć, jak Włosi się cieszą.-ja
-To oni tak się cieszą...?!-Michał

W pizzerii Boscaiola zrezygnowano z tradycyjnego menu (śladem podobnej knajpki na Browarnej), co akurat nie przypada mi do gustu, nie tylko dlatego, że nie dowidzę :) Nawet jak dowidzę, to i tak trzeba wyginać szyję, co jest niekomfortowe i w ogóle czasami bazgrolą kredą tak, że ciężko cokolwiek rozczytać. Z drugiej strony, na pewno ma to znaczenie dla integracji z kelnerem, bowiem można wejść w polemikę dotyczącą dań już na samym początku. W każdym razie, grunt, że nazwy włoskie były poprawne! Zdecydowałam się na klasyczną margheritę, coby poczuć smak tradycyjnej, najprostszej pizzy i nie zawiodłam się. Ciasto cieniutkie, a kawałek pizzy uginał się pod ciężarem mozzarelli i oliwy. Plus! Calzone Michała również wyglądał przepysznie. Wielki pieróg wypchany był po brzegi karczochami, pieczarkami, szynką i mozzarellą, skropiony  delikatnie oliwą. Pizzeria pachniała ładnie, co jest również bardzo ważne, ponieważ w wielu lokalach( np. w knajpce na Browarnej, gdzie serwują notabene pyszne makarony) zapach oliwy jest zbyt ostry, jakby za chwilę miała się przypalić na patelni, a cała restauracja zadymić. Ten lokal jest niewielki, a mimo to, zapach nie jest uciążliwy, umila czas, zamiast atakować od wejścia.

Oprócz wachlarza win można było zamówić również piwo, co uczyniliśmy: ja, Michał oraz Włoch :) Miły akcent, tym bardziej, że nie zawsze przychodzi ochota na wino, nawet jeżeli jest się smakoszem włoskich potraw. Pizzeria zachęca do ponownej wizyty, ah, tyle tam jeszcze pozostało dań do skosztowania!

wtorek, 23 kwietnia 2013

Czyli Chilli


Restauracja, której znakiem firmowym jest mała papryczka chilli, intrygowała nas od dawna. 
Więc pewnego dnia skręciliśmy do jasnej, udekorowanej na pozór bardzo starannie knajpki, która zachęcała swoimi ciepłymi barwami i ogólną atmosferą przyjaznej,domowej stylizacji. Wnętrze ciepłe, ale troszkę jednak niedopracowane, tak jakby ktoś wpadł na dobry pomysł i w połowie zaniechał realizacji. Ściany pomalowane, ale nieodnowione, farba już starta i lekko przybrudzona.Sztuczne kwiaty w wazonikach zdecydowanie psuły efekt. Tak samo jak bliskość pomieszczenia gospodarczego i jednego ze stolików, przy którym akurat siedzieliśmy i mieliśmy doskonały wgląd w to, co dzieje się z resztkami jedzenia- niestety, wolałabym nie być bogatsza o tę wiedzę. Nie wygląda to estetycznie. Niemniej jednak, na pierwszy rzut oka, knajpka wygląda przyjaźnie, tylko nasze wredne, niebieskie oczka zawsze dostrzegą niedociągnięcia :)

Może się uprzedzam, ale zamawiając makaron w restauracji witającej gości chlebem ze smalcem, spodziewałam się typowej, polskiej "pasty". Co absolutnie nie jest przytykiem > takich makaronów w polskich trattoriach jest wiele, z tym, że większość restauracji ma jeszcze włoskie zacięcie i wmawia nie tylko gościom, ale i samym sobie, że podają włoskie pasty, które niestety niewiele mają wspólnego ze smakiem tamtejszego makaronu. Po rocznym pobycie w Rzymie i zasmakowaniu różnych past ( przede wszystkim domowych, zrobionych przez znajomych Włochów, którzy są perfekcjonistami w kuchni, wręcz fanatykami, ale akurat ten ich fanatyzm wpłynął dobrze na moje krągłości ;), jestem dość krytyczna w stosunku do past w Polsce. To znaczy, rozumiem w zupełności polskie makarony, ich specyficzny smak i nie mierzę ich "włoską miarą", ale jak już restauracja upiera się, że jest włoska, potrafię być złośliwa, cebuli czy śmietany dodanej do carbonary nie zdzierżę. 
W Czyli Chilli przynajmniej są szczerzy i nazywają makarony po polsku! 
Makaron więc został podany. 
Zauroczyłam się na chwilę, bo poczułam "ten" zapach. Zapach popołudnia w moim rzymskim mieszkaniu! Pomyślałam "niemożliwe", w tak niepozornym miejscu, po raz pierwszy od powrotu z Rzymu, znalazłam włoski smak! Ciężko określić, co na ów włoski smak się składa. Na pewno oliwa- esencjalna. Głupio było mi pytać, gdzie kupili taką oliwę, ale może jeszcze się odważę :) Bezsprzecznie, dobra oliwa. Po drugie- sposób pokrojenia cebuli, tak jak Włosi, w taką specyficzną kostkę. I po trzecie- "takie coś", to chyba niesubstancjalny, magiczny element. Smakowało bardzo. Makaron był z pomidorkami, cukinią i krewetkami. 

Na koniec podano oponki i faworki, wszak był tłusty czwartek. Miły akcent polskiej restauracji, która nie boi się przełamywać smaków i robi to naprawdę w mistrzowski sposób, bliski oryginałowi. Polecam gorąco!

Olga

sobota, 6 kwietnia 2013

Święta, Święta...

Domowa Święconka
...a zanim będziemy mogli powiedzieć: "i po Świętach!", wszyscy  jesteśmy w wirze gorączki przedświątecznych przygotowań! A jakie dania na tradycyjnym, wielkanocnym stole?
U mnie króluje tradycja, więc żadnych panna cotta, ani innych włoskich przysmaków, nie będzie. Choć pamiętam, że wracając z Rzymu na Święta, wróciłam z panettonem- Agnello, czyli babką w kształcie baranka czekoladowego przekładanego śmietankowym ciastem, mnaim! Baran robił zawrotną karierę na stole wielkanocnym, ale pewnie dlatego, że był "czymś zza zachodniej granicy", przywiezionym ciężko (nie lekko) przez bramkę na lotnisku. Smakował znakomicie, ale barana nie przypominał, raczej rozpłaszczonego żółwia.

W tym roku jednak, bez włoskich rewelacji. Babka, mazurek, makowiec i sernik> to z ciast, które uświetnią stół wielkanocny. Poza tym, jajka, te tradycyjne oraz faszerowane- po zeszłorocznym sukcesie faszerowania jajek pieczarkami, w tym roku pojawią na naszym stole: jajka z pieczarkami i jajka faszerowane łososiem. Oczywiście nie może zabraknąć mojego specjału, czyli ryby po grecku, którą robię już od kilku lat na różne święta: i te zimowe i te wiosenne. Będzie również tradycyjna, biała kiełbaska, mięsiwa wszelkiego rodzaju, między innymi karkówki i schaby ze śliwką, jak również pasztet. W rybim towarzystwie, obok ryby po grecku, uplasuje się śledzik i sałatka śledziowa. Całość zwieńczy barszcz biały, w naszym, domowym wydaniu- mocno czosnkowy.
I tulipany na urodziny taty :)

Wesołych Świąt!

P.S. Ciekawe, jak wyglądają Święta u Michała :) myślę, że repertuar dań jest podobny, ale każdy dom ma swój charakterystyczny rys, więc z ciekawością odwiedzę go w Wielką Sobotę, coby zasmakować dań.

piątek, 15 marca 2013

"a może byśmy tak, jedyny,

wpadli na dzień do Tomaszowa?"
    Idąc dalej tropem Tuwima, postanowiliśmy wpaść na dni kilka i nie do Tomaszowa, lecz do Nałęczowa. To właśnie miejsce wybrał Michał na podróż-niespodziankę, o której pisałam. Nieznanymi wodami, na które się udawaliśmy, okazały się wody zdrojowe Nałęczowa. Miasto znane z mikroklimatu dobrego dla serca, znane jest również miłośnikom literatury, bowiem w tym miejscu żyli i tworzyli m.in. Prus, Żeromski, Nałkowska, Sienkiewicz, Ewa Szelburg-Zarembina, czy Stanisław Witkiewicz (to dzięki niemu architektonicznie miasto przypomina  podhalańskie miejscowości). Miejsce więc idealne dla kogoś, kto nie tylko literaturę uwielbia, ale i sam próbuje tworzyć. A wiadomo, czy może przebywanie pod jednym dachem z duchem Prusa, nie natchnie przypadkiem do stworzenia dzieła na miarę "Lalki"?

Zatrzymaliśmy się w pensjonacie "Ewelina". Do polecenia ze wszech miar. Pensjonat z duszą, chyba najlepiej określić to tym jednym stwierdzeniem. Z duszą wyżej wymienionego Bolesława Prusa, oczywiście :) Naprawdę, jak gdyby czas zatrzymał się na początku wieku XIX, a wszystko, aż do obecnego wieku, było tylko odnawiane i odrestaurowane. W jednym miejscu mieści się i galeria i pensjonat i kawiarenka, do której w niedzielne popołudnie schodzi się cała śmietanka Nałęczowa. Oprócz właścicielki - pani Eweliny - w pensjonacie "zarządzają" dwie kobiety, jedna młodsza, druga starsza, przyjmując przyjezdnych ze szczerym uśmiechem, podejmując ich dobrym słowem i roztaczając wokoło aurę przyjaznego, rodzinnego miejsca. Pokoje urządzone są z jednej strony w lekko podhalańskim stylu, z drugiej eleganckie, dopieszczone pod względem dodatków, bardzo przestronne- nasz apartament składał się właściwie z dwóch pokoi z łazienką, tarasu i kolejnego pokoju z dwoma łóżkami, do którego wchodziło się po schodach. Przestrzeni było więc sporo.
        Można powiedzieć, że Nałęczów zdecydowanie nie jest miejscem, które się zwiedza. W Nałęczowie się przebywa, ot co! I to jest najpiękniejsze. Cały Nałęczów da się przejść bowiem w niecałe 2 godziny, podczas których można zobaczyć Miejski Ośrodek Kultury (wraz z kinem), zwiedzić bardzo ładny Kościół, zejść w dół ulicą Graniczną, by znaleźć się w okolicach urokliwego Targu Pod Łabędziem, przejść koło dworca PKS i zawrócić znów w stronę Parku Zdrojowego, który mieści w sobie wszystkie przyjemności tego świata:  kompleks Term Pałacowych, basen Atrium, oraz Pałac Małachowskich i Muzeum Bolesława Prusa; znajdują się tam również Palmiarnia (nie mylić z palarnią) i dwa połączone Domy Zdrojowe, w których znajdują się odpowiednio: pijalnia czekolady i pijalnia wód źródlanych.
W basenach Atrium można zażyć kąpieli w białej glince, co zresztą uczyniliśmy już pierwszego dnia. Biała glinka co prawda wysuszyła trochę cerę, ale mimo wszystko warto skorzystać z tej przyjemności; ja osobiście przyrównałabym ją do kąpieli w piaskowym budyniu, a to dlatego, że w partiach centralnych glinka była wręcz gorąca (ok. 40 stopni Celsjusza), na obrzeżach natomiast glinka była chłodna i ścinała się, dokładnie jak budyń :)
W Termach Pałacowych mieści się natomiast sanus per aquam, czyli ukochane przez kuracjuszy SPA, ilość zabiegów niestety jest ograniczona (zlikwidowano część zabiegów mieszczących się w innym budynku, ale dlaczego w sumie nikt nam nie wyjaśnił), należy jednak przyznać, że te, które są wykonywane, są na bardzo wysokim poziomie.
Odprężeni i zrelaksowani po masażach klasycznych i po rozgrzewającym fango (masa będąca mieszaniną parafiny i pyłu wulkanicznego układana na plecach), udaliśmy się do Palmiarni, napić się wody z trzech źródeł: Celiński, Miłość i Barbara. Miłość chyba była najbardziej żelazowa. Czy też żelazna :) Palmiarnia pełna była oczywiście roślin tropikalnych najróżniejszego pochodzenia, co dziwne, nie było tam aż tak parno, jak zazwyczaj w tego typu miejscach bywa. Na rozgrzewkę więc wzięliśmy piwo, a to, które tam sprzedawano było żurawinowe. Michał zaproponował, coby wyprodukować piwo na bazie tychże wód źródlanych, niestety pomysł nie został podchwycony przez panią opiekującą się dobytkiem Palmiarni, a szkoda.
     Notatka rozrasta się niepostrzeżenie do rozmiarów artykułu o Nałęczowie, wspomnę więc może szybciutko jeszcze o tamtejszym jedzeniu - jadaliśmy w domu, tzn. naszym pensjonacie i to był naprawdę dobry wybór, porcje sowite, mogliśmy bez problemu zregenerować siły po basenie, pewnego razu wybrałam polędwiczki w sosie grzybowym z opiekanymi ziemniaczkami, Michał zaś polędwiczki w ziołach (saute') i tak podjadaliśmy sobie z talerzy, jedno danie smaczniejsze od drugiego, pycha! Do rzeczy z serii ważny drobiazg, należały obrazy, które można było podziwiać w części kawiarniano-restauracyjnej, a także przepiękny, zabytkowy zegar w pokoju jadalnym, w którym spożywaliśmy śniadania (nie żadne szwedzkie bufety, tylko porządne śniadanka, którymi nawet ja się najadłam!).


    W Nałęczowie doświadczyć można innego wymiaru czasu. Ludzie spacerują wolniej, oddychają głębiej. Życie koncentruje się wokół parku, targu, Kościoła, uzdrowisk. I powstaje w przyjezdnym mieszczuchu odwieczne pytanie: "a może by tak rzucić to wszystko i przenieść się do Nałęczowa?"

czwartek, 14 marca 2013

Zmiany - nie zawsze - na lepsze

W samym sercu Rynku Starego Miasta odkryliśmy razu pewnego Jazzownię- pub, a także restaurację, miejsce, gdzie można było i dobrze zjeść i napić się litrowego drinka (to nie żart) i posłuchać muzyki na żywo, bowiem trzy razy w tygodniu grał tam sympatyczny Amerykanin, którego do Polski sprowadziła miłość. Miłość co prawda się ulotniła, ale serce jego w Polsce pozostało, kazało mu poszukać pracy i osiedlić się w kraju nadwiślańskim. Grywał więc w Jazzowni na Starym Mieście, a grał bardzo ładnie, sprawnie, z duszą. Co jakiś czas występowała z nim Polka o anielskim głosie, niestety przy wirtuozie klawiszy, wypadała tylko poprawnie.
Miejsce miało klimat, sala przedzielona była kotarą na dwie części, w jednej znajdowały się białe stoły, eleganckie kanapy, w drugiej dominowały kolory ciemnego brązu i czerwieni, przeważały pufy i ciepłe oświetlenie z kolorowych lampek.
Odwiedziliśmy więc Jazzownię po jakimś czasie, chcąc wreszcie skosztować litrowego drinka dla dwojga i tamtejszych smakołyków. Weszliśmy pewnym siebie krokiem, nie zwracając uwagi na zmieniony szyld. Przywitał nas zapewne właściciel nowego miejsca, człowiek dość nerwowy i podniecony faktem przybycia kolejnych gości.

- Czy tu się aby coś nie zmieniło..? - zapytałam niepewnie.
- Tak! - odpowiedział ochoczo - Na lepsze, prawda?

A gucio prawda. Sala już bez romantycznej kotary, wszechobecna biel biła po oczach, a do tego, zamiast przytulnych puf - wszędzie pobielone krzesła i stoliki dla równo dwóch osób. Wnętrze dość ascetyczne, a miało być chyba wytwornie i z klasą. Usiedliśmy więc z minami już trochę mniej zadowolonymi, po czym właściciel, wręczając nam kartę, zapewnił nas o prześwietnym wyborze, jakiego dokonaliśmy, albowiem znaleźliśmy się w lokalu usytuowanym w samym centrum (o naprawdę?), a ceny są umiarkowane! Wyważone, jednym słowem, przystępne! Ucieszyło nas to ogromnie, Jazzownia zawsze miała takie ceny i nikt nam o tym nie rozpowiadał na wejściu. Zresztą dał nam jednocześnie do zrozumienia, że stan jest przejściowy, ceny bowiem są przystępne, ażeby "zachęcić klientów". Wszystko jasne, po miesiącu skoczą o 50%, albo nawet i więcej. Ażeby choć jedzenie i atmosfera były tego warte!
Niestety, kiedy zamówiliśmy sobie po obiedzie (wybór naprawdę przyprawiał o zawrót głowy, nie wiedziałam czy wziąć danie numer 1, numer 2 czy numer 3), nasze niedobre przeczucia się potwierdziły. Sos grzybowy, z jakim podany był mój makaron, smakował jakby został wyjęty z saszetki i odrobinę doprawiony; mięso wołowe, które się w nim znajdowało, pozostawało w tyle o kilka lat świetlnych za bitkami wołowymi mojej mamy. Szybko zjedliśmy, szybko wypiliśmy i równie szybko wyszliśmy z Bistro Warsaw, nikt nawet nie próbował nas zatrzymać. Na pytanie, czy smakowało, Michał odpowiedział:
- Zupa rybna tak.- bo podobno zupa rybna była bardzo dobrze przyrządzona.

Zmiany pomagają nam się rozwijać, ja osobiście jestem ich wielką zwolenniczką, świadczą o naszej gotowości do życia, do zmiany jego biegu, świadczą o otwartości na szczęście i o gotowości do jego przyjęcia. Niemniej jednak, są momenty, w których to, co dobre, należałoby pozostawić w spokoju. Jednak czasami "lepsze" jest wrogiem naprawdę dobrego.

środa, 27 lutego 2013

Pod Mostem

Nazwa mówi wszystko. Miejsce jedno z naszych "ulubieńszych"- Powiśle, dokładnie pod mostem Poniatowskiego, niedaleko kultowego ( niegdyś? ) PKP Powiśle. Knajpka niepozorna, oldschoolowa i bardzo w tym urokliwa.Czerwone, bawełniane obrusy, lampki rodem z lat osiemdziesiątych, dużo ciemnego drewna, wszystko tutaj do siebie pasuje, wszystko ze sobą współgra i w niczym nie przypomina okolicznych, nowoczesnych pubów, gdzie można zagrać w Scrabble lub Cywilizację. Stylizacja tej niedużej restauracji jest- w swojej konsekwencji- naprawdę wdzięczna.

Zaskakuje dobrą kuchnią i starannym podaniem potraw. Naprawdę pyszne jedzenie. Za pierwszym razem skusiliśmy się tylko na spożywanie wyrobów browarnych, ale dochodzące zapachy były tak przyjemne, pachniało takim "dobrym jedzonkiem' i obiecaliśmy sobie, że wpadniemy tutaj jeszcze, tym razem na jedzenie.
I nie rozczarowaliśmy się. Biorąc na przystawkę, czy to krewetki w oliwie, czy pikantną potrawkę z serów pleśniowych, można odnaleźć gamę smaków, rodem z wykwintnych restauracji. Tak samo starannie podawane są drugie dania, na przykład talerz mięsny dla dwojga: dobrze wysmażony, ale nie za bardzo, z drugiej strony nieociekający tłuszczem; podany z zestawem - dobrych! co rzadkie - sałatek, opiekanymi ziemniaczkami, a całość jest dobrze przyprawiona, choć bez przesady. Smak nie jest zabijany przez nadmiar przypraw. Mięso zachowuje swój smak, a jest niezwykle apetyczne.

Miło zaskakuje. Wykwinty minimalizm bez nadęcia.
Olga

poniedziałek, 25 lutego 2013

czas dać nura

Na kilka dni porzucam swoją działalność blogową i udaję się w miejsce nieznane, podróż-niespodziankę, zrelaksować się, zanurzyć w  oceanie przyjemności, hedonizmu i rozkoszy. Również wyciszyć się i kontemplować, coby zachować równowagę między rozpustą a duchową ucztą :)

Weekend na nieznanych wodach uważam za rozpoczęty!

niedziela, 6 stycznia 2013

już za minutkę, już za momencik...

Zamiar pisania kulinarno-podróżniczego bloga nosiłam w sercu już od dawna. Ale skoro lepiej późno niż później, zabieram się do tworzenia, wszak opowieści o inspirujących miejscach, katalońskich przysmakach, czeskich hermelinach, węgierskich papryczkach i najlepszym piwie, jakiego mogłam spróbować, można mnożyć i mnożyć! Niemniej jednak, zawsze znajdzie się czas, by jeść, podróżować i pisać o tym!

A na zachętę... 
:)