piątek, 15 marca 2013

"a może byśmy tak, jedyny,

wpadli na dzień do Tomaszowa?"
    Idąc dalej tropem Tuwima, postanowiliśmy wpaść na dni kilka i nie do Tomaszowa, lecz do Nałęczowa. To właśnie miejsce wybrał Michał na podróż-niespodziankę, o której pisałam. Nieznanymi wodami, na które się udawaliśmy, okazały się wody zdrojowe Nałęczowa. Miasto znane z mikroklimatu dobrego dla serca, znane jest również miłośnikom literatury, bowiem w tym miejscu żyli i tworzyli m.in. Prus, Żeromski, Nałkowska, Sienkiewicz, Ewa Szelburg-Zarembina, czy Stanisław Witkiewicz (to dzięki niemu architektonicznie miasto przypomina  podhalańskie miejscowości). Miejsce więc idealne dla kogoś, kto nie tylko literaturę uwielbia, ale i sam próbuje tworzyć. A wiadomo, czy może przebywanie pod jednym dachem z duchem Prusa, nie natchnie przypadkiem do stworzenia dzieła na miarę "Lalki"?

Zatrzymaliśmy się w pensjonacie "Ewelina". Do polecenia ze wszech miar. Pensjonat z duszą, chyba najlepiej określić to tym jednym stwierdzeniem. Z duszą wyżej wymienionego Bolesława Prusa, oczywiście :) Naprawdę, jak gdyby czas zatrzymał się na początku wieku XIX, a wszystko, aż do obecnego wieku, było tylko odnawiane i odrestaurowane. W jednym miejscu mieści się i galeria i pensjonat i kawiarenka, do której w niedzielne popołudnie schodzi się cała śmietanka Nałęczowa. Oprócz właścicielki - pani Eweliny - w pensjonacie "zarządzają" dwie kobiety, jedna młodsza, druga starsza, przyjmując przyjezdnych ze szczerym uśmiechem, podejmując ich dobrym słowem i roztaczając wokoło aurę przyjaznego, rodzinnego miejsca. Pokoje urządzone są z jednej strony w lekko podhalańskim stylu, z drugiej eleganckie, dopieszczone pod względem dodatków, bardzo przestronne- nasz apartament składał się właściwie z dwóch pokoi z łazienką, tarasu i kolejnego pokoju z dwoma łóżkami, do którego wchodziło się po schodach. Przestrzeni było więc sporo.
        Można powiedzieć, że Nałęczów zdecydowanie nie jest miejscem, które się zwiedza. W Nałęczowie się przebywa, ot co! I to jest najpiękniejsze. Cały Nałęczów da się przejść bowiem w niecałe 2 godziny, podczas których można zobaczyć Miejski Ośrodek Kultury (wraz z kinem), zwiedzić bardzo ładny Kościół, zejść w dół ulicą Graniczną, by znaleźć się w okolicach urokliwego Targu Pod Łabędziem, przejść koło dworca PKS i zawrócić znów w stronę Parku Zdrojowego, który mieści w sobie wszystkie przyjemności tego świata:  kompleks Term Pałacowych, basen Atrium, oraz Pałac Małachowskich i Muzeum Bolesława Prusa; znajdują się tam również Palmiarnia (nie mylić z palarnią) i dwa połączone Domy Zdrojowe, w których znajdują się odpowiednio: pijalnia czekolady i pijalnia wód źródlanych.
W basenach Atrium można zażyć kąpieli w białej glince, co zresztą uczyniliśmy już pierwszego dnia. Biała glinka co prawda wysuszyła trochę cerę, ale mimo wszystko warto skorzystać z tej przyjemności; ja osobiście przyrównałabym ją do kąpieli w piaskowym budyniu, a to dlatego, że w partiach centralnych glinka była wręcz gorąca (ok. 40 stopni Celsjusza), na obrzeżach natomiast glinka była chłodna i ścinała się, dokładnie jak budyń :)
W Termach Pałacowych mieści się natomiast sanus per aquam, czyli ukochane przez kuracjuszy SPA, ilość zabiegów niestety jest ograniczona (zlikwidowano część zabiegów mieszczących się w innym budynku, ale dlaczego w sumie nikt nam nie wyjaśnił), należy jednak przyznać, że te, które są wykonywane, są na bardzo wysokim poziomie.
Odprężeni i zrelaksowani po masażach klasycznych i po rozgrzewającym fango (masa będąca mieszaniną parafiny i pyłu wulkanicznego układana na plecach), udaliśmy się do Palmiarni, napić się wody z trzech źródeł: Celiński, Miłość i Barbara. Miłość chyba była najbardziej żelazowa. Czy też żelazna :) Palmiarnia pełna była oczywiście roślin tropikalnych najróżniejszego pochodzenia, co dziwne, nie było tam aż tak parno, jak zazwyczaj w tego typu miejscach bywa. Na rozgrzewkę więc wzięliśmy piwo, a to, które tam sprzedawano było żurawinowe. Michał zaproponował, coby wyprodukować piwo na bazie tychże wód źródlanych, niestety pomysł nie został podchwycony przez panią opiekującą się dobytkiem Palmiarni, a szkoda.
     Notatka rozrasta się niepostrzeżenie do rozmiarów artykułu o Nałęczowie, wspomnę więc może szybciutko jeszcze o tamtejszym jedzeniu - jadaliśmy w domu, tzn. naszym pensjonacie i to był naprawdę dobry wybór, porcje sowite, mogliśmy bez problemu zregenerować siły po basenie, pewnego razu wybrałam polędwiczki w sosie grzybowym z opiekanymi ziemniaczkami, Michał zaś polędwiczki w ziołach (saute') i tak podjadaliśmy sobie z talerzy, jedno danie smaczniejsze od drugiego, pycha! Do rzeczy z serii ważny drobiazg, należały obrazy, które można było podziwiać w części kawiarniano-restauracyjnej, a także przepiękny, zabytkowy zegar w pokoju jadalnym, w którym spożywaliśmy śniadania (nie żadne szwedzkie bufety, tylko porządne śniadanka, którymi nawet ja się najadłam!).


    W Nałęczowie doświadczyć można innego wymiaru czasu. Ludzie spacerują wolniej, oddychają głębiej. Życie koncentruje się wokół parku, targu, Kościoła, uzdrowisk. I powstaje w przyjezdnym mieszczuchu odwieczne pytanie: "a może by tak rzucić to wszystko i przenieść się do Nałęczowa?"

czwartek, 14 marca 2013

Zmiany - nie zawsze - na lepsze

W samym sercu Rynku Starego Miasta odkryliśmy razu pewnego Jazzownię- pub, a także restaurację, miejsce, gdzie można było i dobrze zjeść i napić się litrowego drinka (to nie żart) i posłuchać muzyki na żywo, bowiem trzy razy w tygodniu grał tam sympatyczny Amerykanin, którego do Polski sprowadziła miłość. Miłość co prawda się ulotniła, ale serce jego w Polsce pozostało, kazało mu poszukać pracy i osiedlić się w kraju nadwiślańskim. Grywał więc w Jazzowni na Starym Mieście, a grał bardzo ładnie, sprawnie, z duszą. Co jakiś czas występowała z nim Polka o anielskim głosie, niestety przy wirtuozie klawiszy, wypadała tylko poprawnie.
Miejsce miało klimat, sala przedzielona była kotarą na dwie części, w jednej znajdowały się białe stoły, eleganckie kanapy, w drugiej dominowały kolory ciemnego brązu i czerwieni, przeważały pufy i ciepłe oświetlenie z kolorowych lampek.
Odwiedziliśmy więc Jazzownię po jakimś czasie, chcąc wreszcie skosztować litrowego drinka dla dwojga i tamtejszych smakołyków. Weszliśmy pewnym siebie krokiem, nie zwracając uwagi na zmieniony szyld. Przywitał nas zapewne właściciel nowego miejsca, człowiek dość nerwowy i podniecony faktem przybycia kolejnych gości.

- Czy tu się aby coś nie zmieniło..? - zapytałam niepewnie.
- Tak! - odpowiedział ochoczo - Na lepsze, prawda?

A gucio prawda. Sala już bez romantycznej kotary, wszechobecna biel biła po oczach, a do tego, zamiast przytulnych puf - wszędzie pobielone krzesła i stoliki dla równo dwóch osób. Wnętrze dość ascetyczne, a miało być chyba wytwornie i z klasą. Usiedliśmy więc z minami już trochę mniej zadowolonymi, po czym właściciel, wręczając nam kartę, zapewnił nas o prześwietnym wyborze, jakiego dokonaliśmy, albowiem znaleźliśmy się w lokalu usytuowanym w samym centrum (o naprawdę?), a ceny są umiarkowane! Wyważone, jednym słowem, przystępne! Ucieszyło nas to ogromnie, Jazzownia zawsze miała takie ceny i nikt nam o tym nie rozpowiadał na wejściu. Zresztą dał nam jednocześnie do zrozumienia, że stan jest przejściowy, ceny bowiem są przystępne, ażeby "zachęcić klientów". Wszystko jasne, po miesiącu skoczą o 50%, albo nawet i więcej. Ażeby choć jedzenie i atmosfera były tego warte!
Niestety, kiedy zamówiliśmy sobie po obiedzie (wybór naprawdę przyprawiał o zawrót głowy, nie wiedziałam czy wziąć danie numer 1, numer 2 czy numer 3), nasze niedobre przeczucia się potwierdziły. Sos grzybowy, z jakim podany był mój makaron, smakował jakby został wyjęty z saszetki i odrobinę doprawiony; mięso wołowe, które się w nim znajdowało, pozostawało w tyle o kilka lat świetlnych za bitkami wołowymi mojej mamy. Szybko zjedliśmy, szybko wypiliśmy i równie szybko wyszliśmy z Bistro Warsaw, nikt nawet nie próbował nas zatrzymać. Na pytanie, czy smakowało, Michał odpowiedział:
- Zupa rybna tak.- bo podobno zupa rybna była bardzo dobrze przyrządzona.

Zmiany pomagają nam się rozwijać, ja osobiście jestem ich wielką zwolenniczką, świadczą o naszej gotowości do życia, do zmiany jego biegu, świadczą o otwartości na szczęście i o gotowości do jego przyjęcia. Niemniej jednak, są momenty, w których to, co dobre, należałoby pozostawić w spokoju. Jednak czasami "lepsze" jest wrogiem naprawdę dobrego.