piątek, 3 stycznia 2014

placek po węgiersku: nie na Węgrzech!

W tym roku postanowiliśmy spędzić Sylwestra w Polsce. Jest to dość niespotykane, biorąc pod uwagę, że przez ostatnich kilka lat świętowaliśmy ten dzień na obczyźnie. Warto wspomnieć o wizycie w Budapeszcie, w kraju pikantnej papryczki. Jak to mówią, żeby wyjazd mógł zostać uznany za udany, potrzebnych jest kilka składników: dobre towarzystwo, dobre jedzenie i piękne otoczenie.
Wyjazd więc mogę uznać za naprawdę udany , wszystkie trzy składniki zostały zawarte w tym naszym pięciodniowym bytowaniu w ojczyźnie gulaszu.
Towarzystwo dopisało; oprócz naszych skromnych osób, było około pięćdziesięciu uczestników wycieczki studenckiej "travel student", a wszyscy posiadali jeden wspólny mianownik: każdy z nich miał kiedyś w jakikolwiek sposób do czynienia ze studiami. Albo przynajmniej znał kogoś takiego.Tak więc przekrój osób od tych, którzy dopiero przekroczyli dwudziestkę do mocno charakterystycznych trzydziestek, zapewnił dużo atrakcji i prawdziwą wybuchową mieszankę osobowości, żeby nie powiedzieć osobliwości :)

Kolejny składnik to urokliwe otoczenie. Muszę przyznać, że Budapeszt bardzo mile mnie zaskoczył, spodziewałam się raczej ponurego, postsocjalistycznego miasta, które będzie miało jedynie "dobre momenty", takie jak  słynni parlament, czy nie mniej słynny deptak Vaci. A stolica Węgier nie tylko zaskakuje bardzo monumentalnymi zabytkami, ale także bocznymi uliczkami, pełnymi małych, przytulnych pubów, pełnych węgierskiego piwa za jedyne 3-4 złote. Miasto przepięknie oświetlone, wypełnione drewnianymi domkami, w których zarówno miejscowi, jak i turyści mogą posilić się gorącą czekoladą lub grzanym winem. Pomysł szlachetny i godny pochwały, myślę, że
gdyby zastąpić warszawskie kebaby i inne zapiekane cuda, takim właśnie małym, niepozornym straganem z napojem bogów, od razu Warszawa zyskałaby na estetyce. Niestety w porównaniu z Węgierską stolicą jesteśmy dość brzydcy.  Rozumiem tłumaczenia, że ich stolica nie była doszczętnie zburzona i nie trzeba było od nowa dekorować miasta komunalnymi blokami i dlatego teraz oni mają śliczny, zabytkowy Parlament i Katedrę i Wzgórze Gellerta i Basztę rybacką i zabytkowe metro itp itd., a my, Warszawiacy musimy słuchać audycji w radio, że stolica Polski ma najmniejszą liczbę zabytków wśród polskich miast. Rozumiem w zupełności. Niemniej jednak, nie zmienia to faktu, że jesteśmy brzydcy. Ale nie o tym chciałam.

Ostatnim składnikiem naszej węgierskiej wyprawy, jest oczywiście lokalne jedzenie. Tradycyjny gulasz, podawany z tradycyjnymi kluseczkami, przypominającymi nieco kluski lane, choć ich konsystencja jest bardziej zwarta, są takie "sprężyste". Obok tego, zupa gulaszowa i sausage soup- gorąco polecam zupę kiełbaskową: z jajkiem, kiełbasą, warzywami, mocno przyprawioną. Oczywiście tradycyjnej polskiej potrawy, czyli placka po węgiersku, na Węgrzech nie uświadczymy, warto o tym pamiętać :) Jest za to langosz, placek drożdżowy, najczęściej podawany z czosnkiem lub masłem czosnkowym. Również leczo nie jest podawane w sposób, do jakiego przywykliśmy w Polsce - jako oddzielna potrawa. Istnieje, owszem, ale zazwyczaj jako dodatek do potraw, wypełnienie czegoś, np.: indyka, lub jako składnik warzywnego bukietu podawanego do mięs. Do zupy gulaszowej można zamówić podwójną porcję pikanterii, czyli papryczki podanej na oddzielnym talerzyku, jednak należy być ostrożnym, nawet połówka takiej papryczki zmienia smak zupy. Można popłakać się ze szczęścia :) Warto polecić również półmiski z mięsami i lokalnymi kiełbaskami,  które mają charakterystyczny, głęboki smak. Wszystko podane z opiekanymi ziemniaczkami w śmietanie z dodatkiem humus.

Dużo wołowiny, dużo warzyw skąpanych w tradycyjnych, pikantnych sosach, do tego pełne kufle piwa. Czego chcieć więcej? Może uczciwości, bo tej Węgrom na pewno brakuje, tym bardziej jeżeli chodzi o uczciwość w stosunku do turystów. Jeżeli więc nie chcemy zostać nabici w butelkę, warto pamiętać, że serwis w restauracji nie wynosi 25%.