czwartek, 14 marca 2013

Zmiany - nie zawsze - na lepsze

W samym sercu Rynku Starego Miasta odkryliśmy razu pewnego Jazzownię- pub, a także restaurację, miejsce, gdzie można było i dobrze zjeść i napić się litrowego drinka (to nie żart) i posłuchać muzyki na żywo, bowiem trzy razy w tygodniu grał tam sympatyczny Amerykanin, którego do Polski sprowadziła miłość. Miłość co prawda się ulotniła, ale serce jego w Polsce pozostało, kazało mu poszukać pracy i osiedlić się w kraju nadwiślańskim. Grywał więc w Jazzowni na Starym Mieście, a grał bardzo ładnie, sprawnie, z duszą. Co jakiś czas występowała z nim Polka o anielskim głosie, niestety przy wirtuozie klawiszy, wypadała tylko poprawnie.
Miejsce miało klimat, sala przedzielona była kotarą na dwie części, w jednej znajdowały się białe stoły, eleganckie kanapy, w drugiej dominowały kolory ciemnego brązu i czerwieni, przeważały pufy i ciepłe oświetlenie z kolorowych lampek.
Odwiedziliśmy więc Jazzownię po jakimś czasie, chcąc wreszcie skosztować litrowego drinka dla dwojga i tamtejszych smakołyków. Weszliśmy pewnym siebie krokiem, nie zwracając uwagi na zmieniony szyld. Przywitał nas zapewne właściciel nowego miejsca, człowiek dość nerwowy i podniecony faktem przybycia kolejnych gości.

- Czy tu się aby coś nie zmieniło..? - zapytałam niepewnie.
- Tak! - odpowiedział ochoczo - Na lepsze, prawda?

A gucio prawda. Sala już bez romantycznej kotary, wszechobecna biel biła po oczach, a do tego, zamiast przytulnych puf - wszędzie pobielone krzesła i stoliki dla równo dwóch osób. Wnętrze dość ascetyczne, a miało być chyba wytwornie i z klasą. Usiedliśmy więc z minami już trochę mniej zadowolonymi, po czym właściciel, wręczając nam kartę, zapewnił nas o prześwietnym wyborze, jakiego dokonaliśmy, albowiem znaleźliśmy się w lokalu usytuowanym w samym centrum (o naprawdę?), a ceny są umiarkowane! Wyważone, jednym słowem, przystępne! Ucieszyło nas to ogromnie, Jazzownia zawsze miała takie ceny i nikt nam o tym nie rozpowiadał na wejściu. Zresztą dał nam jednocześnie do zrozumienia, że stan jest przejściowy, ceny bowiem są przystępne, ażeby "zachęcić klientów". Wszystko jasne, po miesiącu skoczą o 50%, albo nawet i więcej. Ażeby choć jedzenie i atmosfera były tego warte!
Niestety, kiedy zamówiliśmy sobie po obiedzie (wybór naprawdę przyprawiał o zawrót głowy, nie wiedziałam czy wziąć danie numer 1, numer 2 czy numer 3), nasze niedobre przeczucia się potwierdziły. Sos grzybowy, z jakim podany był mój makaron, smakował jakby został wyjęty z saszetki i odrobinę doprawiony; mięso wołowe, które się w nim znajdowało, pozostawało w tyle o kilka lat świetlnych za bitkami wołowymi mojej mamy. Szybko zjedliśmy, szybko wypiliśmy i równie szybko wyszliśmy z Bistro Warsaw, nikt nawet nie próbował nas zatrzymać. Na pytanie, czy smakowało, Michał odpowiedział:
- Zupa rybna tak.- bo podobno zupa rybna była bardzo dobrze przyrządzona.

Zmiany pomagają nam się rozwijać, ja osobiście jestem ich wielką zwolenniczką, świadczą o naszej gotowości do życia, do zmiany jego biegu, świadczą o otwartości na szczęście i o gotowości do jego przyjęcia. Niemniej jednak, są momenty, w których to, co dobre, należałoby pozostawić w spokoju. Jednak czasami "lepsze" jest wrogiem naprawdę dobrego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz