wtorek, 17 grudnia 2013

Dziś krótko o miejscu magicznym

foto by Gabry :)

Wyobraźcie sobie rzymską noc, pogodną, ciepłą, wypełnioną po brzegi zapachem nadchodzącej wiosny. Z grupą znajomych wracamy z imprezy. Nagle pada pomysł zjedzenia czegoś. Czegoś wyjątkowego. Kierowani instynktem idziemy więc ku, jakby się wydawało, zamkniętej piekarni. Jednak dobrze wiadomo, że około 4 nad ranem, piekarnie wcale nie są zamknięte. Bocznymi drzwiami wchodzimy więc do panów na nocnej zmianie i uśmiechamy się szeroko. Coś niesamowitego, przepyszne cornetti (czyli croissanty), za połowę ceny (bo przecież to nie jest regularna sprzedaż), z wylewającą się, gorącą czekoladą, wyjęte prosto z pieca. Naprawdę, prosto z pieca, bo przecież wchodząc widzieliśmy, jak powolutku rumieniły się w piecu. Corentii z gorącą czekoladą były niezaprzeczalnie najlepsze, ale nie pogardziliśmy też rogalikami z brzoskwinią. Uczta dla smaku, uczta także dla ducha, wszak przyjemnie jest  podpatrzeć pracę piekarni o 4 nad ranem. Choć od tamtego wydarzenia minęło chyba półtora roku, kiedy o nim pomyślę, czuję zapach piekarni, widzę uśmiechnięte twarze piekarzy i pamiętam dokładnie smak rzymskich rogalików na San Lorenzo.

foto by Gabry
Takie rzeczy, to tylko w Rzymie.

2 komentarze: