 |
| foto by Gabry :) |
Wyobraźcie sobie rzymską noc, pogodną, ciepłą, wypełnioną po brzegi zapachem nadchodzącej wiosny. Z grupą znajomych wracamy z imprezy. Nagle pada pomysł zjedzenia czegoś. Czegoś wyjątkowego. Kierowani instynktem idziemy więc ku, jakby się wydawało, zamkniętej piekarni. Jednak dobrze wiadomo, że około 4 nad ranem, piekarnie wcale nie są zamknięte. Bocznymi drzwiami wchodzimy więc do panów na nocnej zmianie i uśmiechamy się szeroko. Coś niesamowitego, przepyszne cornetti (czyli croissanty), za połowę ceny (bo przecież to nie jest regularna sprzedaż), z wylewającą się, gorącą czekoladą, wyjęte prosto z pieca. Naprawdę, prosto z pieca, bo przecież wchodząc widzieliśmy, jak powolutku rumieniły się w piecu. Corentii z gorącą czekoladą były niezaprzeczalnie najlepsze, ale nie pogardziliśmy też rogalikami z brzoskwinią. Uczta dla smaku, uczta także dla ducha, wszak przyjemnie jest podpatrzeć pracę piekarni o 4 nad ranem. Choć od tamtego wydarzenia minęło chyba półtora roku, kiedy o nim pomyślę, czuję zapach piekarni, widzę uśmiechnięte twarze piekarzy i pamiętam dokładnie smak rzymskich rogalików na San Lorenzo.
 |
| foto by Gabry |
Takie rzeczy, to tylko w Rzymie.
Szkoda, że nie miałem przyjemności zjeść...
OdpowiedzUsuńna pewno jeszcze będzie okazja :)
OdpowiedzUsuń